Sponiewierani romantycy

Idą własną drogą

Nie widzą zła

Mijają godziny oni ich nie widzą

Nie wiedzą, że w domu

Przy drzwiach ktoś dyżuruje

A może już pakuje walizki

Po drodze zawsze jest sklep nocny

Znana ławeczka w parku, pod mostem

Miejsce szczęścia i rozkoszy

Minutki bez trosk i zgryzot

Tu gwiazdy świecą jaśniej

Zawsze nie wiadomo czy to

Niedźwiedzica czy Wielki Wóz

Przy przebłysku zorzy

Wracają do domu

A tu dom jest niemy
Czasami pusty.

Wiersz gościnny – przesłał Pan J.

Tommy, usiądź – Rozdział 3

Moi rodzice zabierali nas na regularne, niedzielne spacery przed dwoma laty. Zazwyczaj wychodziliśmy do parku zabierając ze sobą jedzenie i rozkładając się na trawniku pod jakimś rozłożystym klonem. Nigdy nie przepadałem za słowem piknik w przeciwności do mojej siostry. Jednak po kilku tygodniach przekonałem ją, że ona też nie lubi tego słowa.

Byłem od niej młodszy przez co nigdy nie podejrzewano mnie o wymyślanie scenariuszy naszych zabaw, po których przybiegali sąsiedzi i wykrzykiwali przeróżne uwagi w stronę zaskoczonych rodziców. Ani mama, ani tata nigdy nie przyłapali nas na rzucaniu kamieniami w bezdomne psy i koty.

Pewnego dnia po udanym castingu na modela dziecięcego do lokalnego sklepu odzieżowego poszliśmy całą piątką nad rzekę. Słońce prażyło coraz bardziej sprawiając, że mój czekoladowo-wiśniowy lód rozpuszczał się coraz szybciej i kilka kropel wylądowało na moich dłoniach i butach. Tata spojrzał na mnie, poczym wyciągnął chusteczkę, żeby wyczyścić moje dłonie. W międzyczasie zaczął tłumaczyć:

– Dlatego nie powinieneś dostać dwóch dużych gałek.

Patrzyłem tylko statycznym wzrokiem na moją siostrę, która śmiała się ze mnie i z tego, że ojciec mówi do mnie podniesionym głosem. Ręce miałem na pierwszy rzut oka czyste, ale wciąż czułem, że się kleją. Denerwowało mnie to. Parę minut później wpatrywałem się w nieskazitelną, białą sukienkę Emily, która sięgała jej tuż za kolana. Szła obok mamy kilka kroków przede mną rozmawiając z nią o ostatnich zajęciach śpiewu. Widocznie była czymś podekscytowana, bo mówiła szybko zapominając o regularnym oddechu. Zrobiłem trzy szybsze kroki i potykając się wyciągnąłem ręce do przodu, aby zamortyzować upadek. Reszta rozpuszczonego loda wylądowała na plecach Emily tworząc kontrastową dwukolorową plamę. Wszyscy szybko odwrócili się w moją stronę. Przejechałem dłonią kila centymetrów po szorstkiej nawierzchni po chwili czując ciepło od jej wewnętrznej strony. Mama podniosła mnie. Odwróciła moją rękę i troskliwie przytuliła. Kawałek uszkodzonej skóry odstawał odsłaniając delikatnie zakrwawioną ranę.

– Nic ci nie będzie – powtarzała po tym jak przetarła mi dłoń kolejną chusteczką i ponownie przyciągnęła do siebie.

Tym razem to nie na ustach mojej siostry pojawił się uśmiech.

Trochę mnie to kosztowało, ale było warto.

Tommy, usiądź – Rozdział 2

Mieszkanie wypełniały dźwięki The Cinematic Orchestra. Za oknem szalała burza, co jakiś czas błyskami rozświetlając salon. Ciężkie krople rozbijały się o podłogę tarasu. Emily odłożyła na stolik kubek z parującą herbatą, odsłaniając przy tym swoje szczupłe, podkurczone nogi. Przetarła wierzchem prawej dłoni kąt wilgotnego oka, poczym poprawiając koc odwróciła głowę w kierunku zegara. Dochodziła 2:00 w nocy, ale mimo zmęczenia nie odczuwała senności. Największa wskazówka minęła dwunastkę, ale mniejsza nie drgnęła. Dziewczynka zastanawiała się czy jej się tylko przewidziało i nie spuszczając wzroku wpatrywała się przez kolejną minutę.

Kołysząc się do przodu i do tyłu uciekała myślami od bieżącego dnia. Chciała zrozumieć co takiego się dzieje, ale jej nastoletni umysł nie potrafił przynieść sensownego wyjaśnienia. Dotychczasowe teorie wprowadzały ją tylko w coraz to gorszy nastrój.

– Co się stało z twoimi rodzicami? – usłyszała kilkanaście godzin wcześniej od nieznajomej dziewczyny. Jej głos był delikatny jak linie twarzy, ale było w nim coś fałszywego. Miała na sobie nienagannie wyprasowany mundurek szkolny i białe podkolanówki. Blond włosy upięte w dwa kitki kolorowymi gumkami mieniły się błyszcząc w promieniach słońca wpadającego przez duże panoramiczne okna korytarza. Powiedziała coś jeszcze, ale Emily już jej nie słyszała. Skierowała się w kierunku wyjścia, po chwili przyspieszając kroku aż w końcu zaczęła biec mijając innych, którzy zaczęli schodzić jej z drogi mierząc ciekawskimi spojrzeniami.

– To ona! – jedyne słowa jakie wyłapała wybiegając z budynku szkoły. Odwróciła się i widząc wszystko jakby w zwolnionym tempie krzyknęła:

– Dosyć! – wszystko wróciło do regularnego tempa, zadzwonił dzwonek i grupki dzieciaków ruszyły w różnych kierunkach. Dźwięk dzwonka zmieniał się bezustannie przypominając szybkie uderzenia pałeczek o talerze perkusji. Perspektywa zmieniła się do widoku tuż przed oczyma Emily. Wpatrując się w linię budynków nad miastem zauważyła ciężkie, ołowiane chmury.

Starannie ułożone podkolanówki leżały równolegle jedna obok drugiej, tuż za odsuniętym drewnianym krzesłem. Na nim, od dwóch dni znajdował się przewieszony granatowy mundurek.

Dziewczyna sięgnęła obiema rękoma po kubek. Kiedy zbliżała go w swoją stronę ktoś szarpnął za klamkę. Po kilku sekundach na jej twarzy pojawił się grymas bólu, jednak nie wydała z siebie ani jednego dźwięku.

Tommy, usiądź – Rozdział 1

Pamiętam, kiedy siedziałem na czerwonym krześle w pokoju przesłuchań dla nieletnich. Dźwiękoszczelna szyba odbijała moją dziecięcą, zaciekawioną twarz. Palcami rysowałem po niej słońce, wkoło powtarzając ruchy lewej dłoni. Na powierzchni nie zostawiłem żadnych śladów, nikt inny nie mógł zobaczyć tego słońca. W jasnym pomieszczeniu byłem sam, ale nie miałem złudzeń, że ktoś mi się przygląda, ktoś słucha.

– Tommy, usiądź – usłyszałem głos zza placów.

Odwróciłem się i moje oczy musiały wyrażać coś złego, bo z twarzy kobiety zniknął uśmiech i drżącym głosem kontynuowała:

– Porozmawiajmy o tym, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu, dobrze?

Odwróciłem się z powrotem do szyby i szybkimi ruchami zacząłem zamalowywać wcześniej utworzony rysunek. Obserwowałem czerwień linii, pojawiających się pod moimi palcami. Uśmiechnąłem się i stanąłem na palcach, żeby dosięgnąć promieni, które były najwyżej.

Sterylnie czysta podłoga zapraszała mnie do siebie już od kilkunastu minut jak ostatnim razem, ale wcześniej nie posłuchałem się i nie miałem ochoty usiąść. Teraz, zdążyliśmy się poznać na tyle, że wolnym ruchem usiadłem, krzyżując nogi jak na zajęciach w szkole. Co druga kafelka zmieniła odcień na pomarańczowy. Przechyliłem głowę nieco w bok, bo nie podobał mi się klasyczny wzór ich ułożenia, chwilę później układ zmienił się na mniej schematyczny. Było mi trochę zimno, ale szybko przestałem o tym myśleć. Usłyszałem dźwięk otwierających się drzwi, ale wiedziałem, że pani doktor jeszcze nie wyszła. Czułem jej obecność i strach, który jakby się skrystalizował w powietrzu. Ponownie uniosły się moje kąciki ust.

– Czego się pani boi? – zapytałem bez odwracania się, wciąż kreśląc linie i kształty, które zostały ze mną po ostatnich wydarzeniach.

Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami, znowu zostałem sam. Po chwili wstałem i skierowałem kroki ku stolikowi i czerwonemu krzesłu. Odsunąłem je delikatnie, zająłem miejsce kładąc ręce na chłodnej plastikowej powierzchni.

Byłem gotowy.

Gdybyś wiedziała – Przez palce przepuszczać Twoje włosy.

Kraj: Francja, miasto: Paryż, miejsce: torowisko

Jedno z najromantyczniejszych miast świata. Zabieramy ze sobą przewodnik po Paryżu, który kupiłem kiedyś w Warszawie. Przeglądałem go kilkukrotnie i naprawdę przedstawia się obiecująco. Wykorzystamy kilka cennych podpowiedzi, wspólnie będziemy czytali zwięzłe i co ważniejsze, interesujące opisy miejsc polecanych przez autorów. Przewodnik to tylko pomocne narzędzie, ponieważ poruszamy się własnymi drogami. Wspólnie rysujemy ścieżki, przystanki i wybieramy miejsca, gdzie chcemy się zatrzymać i nie odchodzić jak najdłużej.

Tym samym powinniśmy malować wspomnienia francuskim śniadaniem i pocałunkiem na szczycie wieży Eiffla. Zagubić się w spacerze po Polach Marsowych i na dobre zapomnieć o czasie. O czasie przytulić się i wpatrywać w każdy detal przykuwający naszą uwagę. Biec na metro i wybrać się na targ. Omijać autobusy i nie zobaczyć tramwajów. Uśmiechać się do ludzi, dziękować i robić niezrozumiałe miny. Żyć nie być. Brać pełnymi garściami i przez palce przepuszczać Twoje włosy. Wstać wcześnie rano i przeczytać wiersz Stachury. Nie pozwolić Ci zasnąć pocałunkiem. Objąć w talii, ochraniając przed chłodnym wiatrem wieczornym. Iść wzdłuż Loary i chłonąć te miasto, obrazy malowane ludzkimi rękoma, wysiłkiem, krwią i marzeniami. Wykrzyczeć na cały głos jak bardzo jesteś mi potrzebna. Nikt nie zrozumie, a jak zrozumie niech nam pomacha w serdecznym geście lub nakrzyczy z twarzą zaczerwienioną od zdenerwowania.

Zabiorę Cię potem na paryskie torowisko. Mam je na zdjęciu. Jedno z najbrzydszych miejsc na świecie, jakie kiedykolwiek widziałem, bo te miasto jak każde inne ma wiele twarzy. Odwiedzimy kilka niehollywoodzkich miejsc. Nie będzie to Paryż z telewizyjnych programów i filmów, ani nawet naszego przewodnika. Zobaczysz jak mało kolorowe potrafią być uliczki przecinające miejsca niedaleko najbardziej znanych atrakcji. Trzymaj się wtedy blisko mnie i nie wygłupiaj. Zanim opowiesz mi, co o tym myślisz nie pozwól, żeby coś Ci się stało.
Tutaj widziałem szemranych handlarzy, którzy pod kurtkami nosili lewy towar proponując głównie turystom. Zegarki, biżuteria, wszystko dla naiwnych – tak mógłby brzmieć slogan. Szansa dla naiwnych przyjść tutaj i kupić coś takiego. Niebywale kiepska szansa jak sądzę.

Póki będę wpół kroku za Tobą, obejmując grzecznie Twoją talię, myśląc niegrzecznie dłoń zacisnę niedelikatnie, tak jak lubię. Ulica dla nas zupełnie bez wyzwania, do wielu innych podobna, do przejścia.

Francuskie Nestea smakuje zupełnie inaczej od polskiego. Nie smakuje mi aż tak bardzo jak zwykła smakować. Kto by pomyślał, że różnica będzie tak wielka.

Zastanawiam się ile osób usłyszało fałszywą obietnicę Paryża, wyśnionego romansu i hollywoodzkiego scenariusza obejmującego każdy aspekt dnia. Poza nimi ilu naiwnych jeszcze uwierzy. Dobrze jest wierzyć, niedobrze jest obiecywać i nie dotrzymywać obietnicy, a jeszcze gorzej obiecując kłamać.

Gdybyś wiedziała – Podaj mi pocisk lub strzel.

Kraj: Polska, miasto: Bydgoszcz, miejsce: klub

W sumie nienawidzę takich dni, gdy nie rozmieniamy się na drobne. Dzisiaj zachowujemy się jakbyśmy się nie znali. Podaj mi pocisk lub strzel. Wyślij mnie do piekła precyzyjnie mierząc w serce lub głowę.

Co jakiś czas dostaję, ale w rękę tylko lub w bark. Raz przestrzeliłaś mi kolano, później przyjechała karetka. Sanitariusz był bardziej zdziwiony ode mnie, ja przestraszony i zniechęcony. Trzy razy zwracałem, później podano mi jakieś pigułki i podłączono kroplówkę. Powiedziałem, że źle mi się spało. Uwierzyłaś. Za każdym razem łudzę się, że jestem o jedną kulę od końca problemów, ale ta chwila nie nadchodzi. Wygląda na to, że nie jestem wystarczająco dobry dla Ciebie, więc skoro z kimś innym masz być szczęśliwsza, zrób mi tę przyjemność. Później nie wracaj we wspomnieniach, ani nie przypominaj o sobie w wiadomościach wysłanych niby przypadkiem. Możesz usunąć mój numer telefonu, jak ja usuwam się z Twojego cudownego życia, gdzie wszystko jest piękne i na swoim miejscu. Tylko nie zapominaj, że napisałaś pierwsza, a później kiepsko udawałaś, że żałujesz. Na Twoim miejscu zastanowiłbym się dobrze dlaczego pieprzyłaś mi o mojej wyjątkowości, wyjątkowo nie przebierając w słowach.

Imprezy wychodzą i wracanie nad ranem do domu. Z zazdrością bywa różnie, ale ogólnie jest stabilna, powiedzmy. Kiedy piszemy całą noc i nagle masz na mnie ochotę potrafisz być tak miła, że aż sztuczność zachęca do powąchania kleju. Kiedy jesteś wstawiona w jakimś klubie niedaleko, a ja siedzę ze znajomymi w innym to wychodzę do Ciebie i idę, bo nie mam pojęcia, co możesz zrobić w takim stanie, co ktoś może Ci zrobić. Chyba się po prostu martwię, wiesz? Nagle okazuje się, że tęsknisz, że chcesz się przytulić i pocałować. Pomimo tego, że się nie umówiliśmy zdążyłaś już się zniecierpliwić i tak bardzo się cieszysz, że jednak jestem. Chcesz wyjść ze mną, chcesz się całować i dotykać. I nie wiem dlaczego przypomina mi się dziewczyna kumpla, która zawsze podkreślała, że ma ochotę na seks, gdy jest pijana. Chłopaka zazwyczaj w pobliżu nie było. Przypominam sobie również jak kilku typów niosło jej nieprzytomną koleżankę. Gdy zbiorę to w całość przed oczyma pojawia mi się podobny obraz z Tobą w roli głównej. Jestem wkurwiony. Nie lubisz przy mnie pić alkoholu, nie potrzebujesz go dużo, ale jak tyko czujesz, że wypiłaś odrobinę ponad normę wzywasz mnie jak Anioła Straż. Przecież coś z nami jest nie tak. Nie powinniśmy tak funkcjonować, a jednak idziemy trzymając się za ręce, wykorzystując siebie wzajemnie.

Na kilka dni znikamy ze swojego radaru, a z Twojej strony pojawia się wstyd. Przepraszasz, jak zazwyczaj. Staram się tłumaczyć, że w sumie nie masz za co, bo nikt mnie nie zmuszał, żebym przychodził po Ciebie w środku nocy, ani rozbierał, a jednak to zrobiłem. Myślę, że w takich momentach szybujemy gdzieś poza rozsądek i to pewnie nie skończy się dobrze. Marnujemy kolejne dni. Idąc rano przez miasto zastanawiam się co u Ciebie, jakoś się martwię nawet, gdy nie chcę, ale tracę Cię za każdym razem i staję się dla Ciebie coraz bardziej obcy. Czekając na światłach na szybko piszę wiadomość, że coś tam, gdzieś tam, bez większej treści, bo czuję, że jako zapalnik to wystarczy i już po chwili dostaję odpowiedź. Znowu mamy się spotkać i poudawać szczęście, pogadać o wszystkim i o niczym, zaliczyć jakąś kawiarnie, a później siebie na deser. Tak się składa, że wieczorem spełniamy scenariusz krok po kroku, a na dłoniach zostaje mi Twój zapach. Patrzysz na mnie w podejrzany sposób, bo patrzysz tak, jakbym znaczył coś więcej i nawet to powtarzasz. Im jest lepiej między nami tym gorzej kończy się dzień, bo dzisiaj wylądowałem w łóżku z Twoją koleżanką, znowu. Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie, że to się nie powtórzy i zastanawiałem się wracając do siebie czy wspólnie ustalałyście tekst na pożegnanie.

Gdybyś wiedziała – Jesteś inspiracją nieskończoną. Jesteś niemożliwa.

Kraj: Niemcy, miasto: Kolonia, miejsce: pokój hotelowy

Jesteś inspiracją nieskończoną. Nigdy nie wysychającą studnią. Wiecznym źródłem dającym początek. Końcem dnia. Lekarstwem, kluczem możliwości. Wymagaj ode mnie tyle, ile jestem w stanie dać z siebie. Samemu mogę nie zobaczyć ile jeszcze miejsca przede mną lub jak daleko mogę się cofnąć. Bądź moimi oczyma, kiedy nie będę mógł patrzeć. Składam w Twoich delikatnych dłoniach siebie z cechami i wadami, jakim jestem. Zaopiekuj się mną niedoskonałym. Wiem, że potrafisz.

Śpisz obok, a ja kolejną noc zarywam nie mogąc nacieszyć się tym widokiem. Czasami budzę się w nocy i również przyglądam się Tobie przez jakiś czas. Później chodzę niewyspany. Denerwujesz się na mnie, mówisz, że tak nie można. Tłumaczę, że to silniejsze ode mnie, że przecież nie robię tego specjalnie. Zdarza się od czasu do czasu jak teraz. Przyglądam się Twoim dłoniom, które włożyłaś pod głowę, żeby było Ci wygodniej. Dzisiaj zostawiłaś mi trochę więcej miejsca niż ćwiartkę łóżka, ale do rana jeszcze kilka godzin, więc wszystko przed nami. Odkryłaś się trochę, przyglądam się zarysowi Twoich bioder, chociaż chyba powinienem Cię okryć. Przyglądam się dalej. Powtarzasz, że mój ulubiony strój w jakim chciałbym Cię oglądać to brak stroju, coś w tym jest. Wygląda na to, że mam mądrą dziewczynę. Śpisz dalej, a ja się przełamuję i w końcu Cię przykrywam. Nie chcę, żeby było Ci zimno. Musimy zmienić łóżko w mieszkaniu, bo jest strasznie niewygodne. Mówisz, że Tobie to nie przeszkadza, ale nie przeszkadza Ci również, gdy przesuwasz się w nocy na środek i zajmujesz je w większości. Dlatego w tym wypadku Twoje zdanie liczy się trochę mniej. Takie łóżko jest w porządku, wygodne i duże. Kiedy śpisz na środku zostaje dla mnie jeszcze sporo miejsca.

Wierzchem dłoni głaszczę Cię po skroni i wyglądasz jakbyś się uśmiechała. Przyglądam się Tobie śpiącej obok i chyba widzę swoją przyszłą żonę. Jest między nami tyle świetnych rzeczy, że coraz częściej przychodzi mi to do głowy. Tego też nie kontroluję. Nie powiem Ci o tym, bo przewaga w postaci ciała jakie masz to i tak za dużo. Zastanawiam się czy coś Ci się śni właśnie. W przeciwieństwie do mnie rzadko zapamiętujesz sny, a chciałbym wiedzieć, co tworzy Twoja wyobraźnia. Kolejne minuty mijają bardzo szybko. Cieszę się, że rano nie idziemy do pracy, że będziemy mogli poleżeć dłużej i kochać się dłużej, i nie musieć wstawać tak na dobrą sprawę. Kiedy codzienność to w znacznej mierze praca takie dni to rzadkość i moja ucieczka.

Przebudzasz się. Otwierasz oczy i patrzysz na mnie zaspanym wzrokiem. Pytasz czy znowu to robię, czy znowu Ci się przyglądam. Uśmiechasz się przy tym i brakuje mi słów jak na pierwszych randkach. Mówię, że miałem na Ciebie ochotę tylko. Odpowiadasz, żebym się nie wygłupiał i zasypiał, albo żebym zrobił na co mam ochotę i przynajmniej Cię nie budził. Teraz ja się śmieję.

Dobranoc. Jesteś niemożliwa.

Gdybyś wiedziała – Pocałowałaś mnie w policzek.

Bez znieczulenia przypominasz, że jesteśmy dorośli, że jesteś niezastąpiona. Nasze ponowne zetknięcie warg to coś więcej niż spowszedniały pocałunek niebezpiecznego przyzwyczajenia. Tracę na chwilę dech jakbym właśnie umierał, gdy odchodzisz i ponownie całujesz mnie na pożegnanie. Stoję schowany gdzieś w mroku i przyglądam się Twoim ruchom, później pozornie sama stawiasz czoła tym, dla których to tylko puste słowa. Jeszcze nim rzeczywiście będę musiał odejść widzę Cię siedzącą obok i wtulająca w moje ramiona, stęsknioną za byciem wyjątkową i jedyną, ciągle nieświadoma swojej dla mnie roli.

Obejmuję Cię w talii, czuję jak Twoje długie włosy opadają bezgłośnie na moje dłonie i mocno lubię, gdy jesteś speszona i, gdy tańczysz pośrodku świata cudzych spraw. Ten widok, gdy rozświetlasz zasępiony pokój, i wprowadzasz kolory w czarnobiałe życie nieskończonych obrazów, z których rezygnowano bez mrugnięcia okiem jak ze mnie. Nie potrzebujesz muzyki, a ja potrzebuję Ciebie, żeby łapać życiodajny oddech. Głębia uczciwości w Twoich oczach jak gdyby właśnie ode mnie zależało jutro, łącznie z tą głębią jakbyśmy właśnie spacerowali plażą w burzowe popołudnie. Tylko ode mnie zależy Twoje bezpieczeństwo wtedy, jak ból głowy teraz, bo bez obecności nie przejdzie, bez pocałunku w skroń tym bardziej.

Od kilku dni planowałem nieco bardziej wyszukaną kolację, abyś mogła uśmiechnąć się zasiadając do niej z myślą, że to tylko dla Ciebie. Żebyś mogła odczuć, że słowa nie pozostają jedynie słowami i nie potrzebujemy sztucznie specjalnych okazji, bo kiedy jesteś w pobliżu każda jest lepsza od tamtych. Szukałem myślami smaków i potraw, które mógłbym przygotować, które mogłyby Ci smakować. Niestety pracowałem do późna, przez co zdążyłem jedynie zrobić zakupy. Z planowania wyszło niewiele, ale Tobie zupełnie to nie przeszkadzało. Nie narzekałaś, że zaprosiłem Cię na jedzenie, które dopiero będzie trzeba przygotować. Pomagałaś mi zadowolona wciąż opowiadając od dniu i poprzednim. Co chwilę traciłem koncentrację, bo jako facet nie mogłem patrzeć obojętnie. Ciepłym wzorkiem śledziłaś moje, dla Ciebie, starania. Z wdzięcznością pocałowałaś mnie w policzek, aż zaniemówiłem przez chwilę.

Odwracasz się do mnie i ściągasz niebo do moich snów mrugnięciem długich rzęs ze spokojem przypominając dlaczego jestem zadłużony w Twoich ramionach, w dotykaniu ich. Moje bycie obok nieistotne, bo staram się ubrać w słowa niewypowiedziane, ale łapiąc mnie za dłoń chwytasz mnie za serce i nie potrafię, nie chcę zatrzymać tych emocji wypełniających moje wnętrze. Jeszcze nie wiesz jak działa na mnie Twoja sukienka i jej szelest, gdy opada ściągnięta. Nie wiesz jeszcze, co się stanie, gdy za oknem rozpęta się piekło, a między nami rozstąpi się ziemia.  Codziennie odkrywamy się na nowo, każdego dnia ponownie ofiarowuję Ci moje zaufanie, Ty ścielisz nasz dzień wspólnymi marzeniami. Kiedy się wyłączam znowu siedząc sam, nie pozwalasz skaleczyć się ciągłym roztrząsaniem tego, co życie rzuca na barki, zamiast tego szepczesz kojąc każdą z ran na przestrzał. Odgadując moje pragnienia zabierasz mnie stamtąd, nawet, gdy jestem nie do wytrzymania, bo znowu plan nie zrealizował się jak powinien.

Gdybyś wiedziała – Rozmazuje Ci się tusz, a mi pęka serce.

Po kilku godzinach chodzenia paryskimi ulicami zwyczajnie zgłodnieliśmy. Śniadanie było dawno, dawno temu i jeśli nie zjesz nie będziesz miała siły zwiedzać dalej, a później robić zakupów. Oboje nie chcemy, żeby coś takiego miało miejsce, a ja sam padam z głodu więc rozglądamy się za miejscem, gdzie moglibyśmy coś pożreć.

Kluczymy bocznymi uliczkami między urokliwymi dziewiętnastowiecznymi kamienicami. Opowiadam Ci, że kiedyś byłem w podobnym miejscu, że przynieśli mi tak mało jedzenia, że więcej energii poświęciłem na oczekiwanie. Mówisz, że pewnie przesadzam, że z moimi oczekiwaniami niejedna restauracja robi mi na złość. Nie zgadzam się, ale nie wykluczam, że masz rację. Mówię, że oddychamy innymi powietrzem i chyba przenieśliśmy się w czasie, odpowiadasz, że być może, ale Twój głód się nie zmienił. Na przestrzeni kilkuset metrów pojawiają się kameralne restauracje, wybieramy tą, gdzie jest najwięcej gości.

Odsuwam Ci krzesło i sam zajmuję miejsce. Przyglądam się Tobie i zauważam, że coś jest nie tak, że masz smutny wyraz twarzy. Pytam czy coś się stało, a Ty odpowiadasz, że nie, a ja nie potrafię w to uwierzyć. Powtarza się ta sytuacja, w której coś Cię trapi i nie wiem jak do Ciebie dotrzeć. Być może Ty masz ułożony plan w jaki sposób powinienem do Ciebie trafić, ale jak widać, pomimo starań, nie bardzo mi wychodzi. W milczeniu wybieramy obiad, zamawiamy i każda minuta zaczyna się wydłużać. Powietrze staje się cięższe. Przyglądasz mi się przez sekundę i odwracasz wzrok w drugą stronę.  Nie wiem jak mam to interpretować, jak interpretować Ciebie w takich chwilach. Wyglądasz dokładnie wtedy jak w dniu, kiedy wyszłaś kłócąc się z rodzicami, ze sobą i ze światem, a na końcu ze mną, bo się spieprzyło wszystko i to był dzień, w którym nie wierzyłaś w to, że marzenia się spełniają. Staram się odzywać i mówię coś delikatnie, pytam czy to ma ze sobą coś wspólnego. Nie odpowiadasz i wtedy nabieram pewności, że dokładnie tak. Odlatujesz i jesteś już daleko stąd. Wkraczasz w ten stan, kiedy ja zupełnie się nie liczę, kiedy nie potrafisz ze sobą wytrzymać i bezpretensjonalnie ściekają Ci łzy po policzkach. Gubisz się w swoich myślach i pragnieniach, zaczynasz udowadniać, że dajesz z siebie więcej i po chwili znowu siedzisz cicho. Najgorsze jest to, że w tych momentach jestem bezsilny i psuje się wszystko. Znowu coś zrobiliśmy nie tak i znowu przypomina o sobie ostatnia poważna kłótnia. Mówiliśmy, że chcemy iść dalej na zmianę, ale jeszcze nie wspólnie i mijamy się w oczekiwaniach. Wtedy wychodzimy od siebie i nie słyszymy dobranoc. Niby wiemy, że jest w porządku, że chcemy się postarać, pozbierać i iść dalej naprzód, a jednak brzmi to mało przekonująco. Rozmazuje Ci się tusz, a mi pęka serce. W tym momencie zupełnie nie liczy się Paryż, ani otoczenie, ani dziewiętnasty wiek. Czuję jak daje znać o sobie moja arytmia serca i muszę uspokoić oddech. Ponownie rzucasz mi przelotne spojrzenie, jest w nim coś agresywnego. Przeżywam to kolejny raz i boję się coraz mocniej, bo to chwile, w których nie znamy się zupełnie. Nie mam pojęcia co się stało. Jedyny ruch jaki potrafię zaobserwować to mruganie Twoich oczu i kolejna opadająca łza. W takich chwilach przypominam sobie jak łatwo wszystko przegrać.

Kelner podaje zamówiony obiad. Siedzisz w bezruchu, nie bierzesz nawet kęsa, wstajesz i odchodzisz bez słowa, bez uśmiechu, bez spojrzenia. Zamurowany rzucam banknot na stół i ruszam za Tobą. Nie wiem jak to się skończy.

Gdybyś wiedziała – O jakieś trzy za późno.

Potraktowałaś mnie jak śmiecia i w sumie nie bardzo się zdziwiłem, gdy napisałaś, że teraz masz już to wszystko gdzieś. Już brak zdziwienia powinien być czerwonym alarmem jednak przeprogramowałaś moje rozsądne myślenie na to, co właśnie dzieje się w mojej głowie. Wiadomości w środku nocy nigdy Ci nie wychodziły i ta też nie była dobra.

Kilka razy wyłamałaś się z tej reguły, ale to wciąż tylko kilka. Liczyłem, że po takim czasie zasłużyłem sobie na byś powiedziała mi to prosto w oczy, ale myliłem się. Odpowiedziałem, że możesz już o mnie zapomnieć, bo przecież nie będę robił niczego przeciwko Tobie. Czytałem tą wiadomość kilka razy, żeby upewnić się do treści, aż upewniłem się tak, że zrobiło mi się niedobrze. Później było tylko gorzej. Nigdy wcześniej się Tobą tak nie rozczarowałem, ale ok, nie ma już o czym mówić. Zapomnij o mnie po prostu i miej tyle honoru, żeby nie wracać i nie próbować znowu.

Chciałem tylko, żebyś była szczęśliwa, za dużo chciałem. Po tamtej sytuacji nie chciałem niczego, ani wstać z łóżka, ani zasnąć. Nie chciałem wychodzić z domu, nie miałem ochoty na nic. Różne rzeczy przychodziły mi do głowy i nie było w tym nic mądrego. Ból utrudniał oddychanie, ale przecież to nic takiego. Tak łatwo przyszło uśmiercić to, co było między nami, w imię czego? A teraz jakaś kolejna leży obok i znowu jest środek nocy i na pewno nie jest tak jak powinno być. Kurwa mać, to takie bez sensu. Ona wstanie rano, a wieczorem obejrzy film ze swoim chłopakiem i będą się zachowywali jakby nic się nie stało. My też i to jest najgorsze. Nie wiem czy potrafię być choć trochę lepszym, ale gorszym na pewno. Tego akurat jestem pewien udowadniając sobie kilka razy w tygodniu poprawę. Piszesz, że miałaś coś innego na myśli i pewnie sama w to nie wierzysz, wygląda to beznadziejnie. Takie tłumaczenie jest zupełnie nie w Twoim stylu. Jest słabe, co dodatkowo łamie mi, nazwijmy to, sercem. Wyrządziłaś bałagan, którego nie da się zamieść pod dywan. Nie sądzę, żebyśmy nie potrafili. Sądzę, że to kiepskie wyjście i żadne rozwiązanie. Wypominamy sobie wzajemnie kilka ostatnich dni, ustaleń, że mieliśmy siebie nie pouczać w takich chwilach. Mogę przestać mówić jeśli wolisz się całować, albo rozebrać przede mną. Później zabiorę Cię z powrotem do miasta i zostawię zupełnie jak Ty mnie ostatnim razem. Nie odpowiem na Twój telefon, bo przecież lubimy to sobie robić. Lubimy przyglądać się jak druga strona wypruwa sobie żyły wysyłając kolejną wiadomość przechodząc przez wszystkie stany emocjonalne. Jakoś nas to dziwnie kręci, boję się oceniać, nie chcę. Już nie mogę, bo jestem w rozsypce, ale akurat naszła Cię ochota na zabawę uczuciami, a przeprosiłaś mnie dopiero po czterech dniach. O jakieś trzy za późno.